•Artykułów• : 211
•Odsłon• : 2640411
CZTERY ŚWIECE
Część I
Dzisiejszym artykułem rozpoczynamy cykl tekstów, które poświęcimy dawnym mieszkańcom powiatów rypińskiego i lipnowskiego. Reprezentantom różnych kultur, obyczajów i wyznań; rzymskokatolickiego, ewangelickiego, mojżeszowego oraz prawosławnego.
Zgodnie z przyjętym planem redakcyjnym zamierzamy, poprzez cykliczne teksty popularno naukowe, podtrzymywać umowny ogień pamięci czterech świec symbolizujących różne wyznania, których przedstawiciele przez wiele lat wspólnie zamieszkiwali ziemię dobrzyńską.
Opracowanie prezentowane w części I powstało na podstawie artykułu autorstwa Michała Bołtryka; „Opowieść na dwa głosy. Część I Pierwsza gildia”, opublikowanego w 2004r. w Orthodoxii - Przeglądzie Prawosławnym www.przegladprawoslawny.pl .
Są to bardzo ciekawe wspomnienia Andrzeja Nieczajewa, pochodzącego z rodziny rosyjsko-polskiej, syna Anny Bazańskiej – Polki i Aleksandra Nieczajewa – Rosjanina - lekarza 10 Rypińskiej Brygady Straży Granicznej, który leczył w Rypinie, Lubiczu oraz w Dobrzyniu n.Drwęcą.
Barwna historia życia śp. Andrzeja Nieczajewa może stanowić gotowy scenariusz filmowy.
Korzystając z okazji pragniemy podziękować Panu Michałowi Bołtrykowi za wyrażenie zgody na wykorzystanie artykułu jego autorstwa.
W toku podtrzymywaniu ognia w świecy symbolizującej grupę mieszkańców wyznania prawosławnego, w niedalekiej przyszłości planujemy również artykuły o 10-tej Rypińskiej Brygadzie Straży Granicznej oraz już nieistniejących cerkwiach prawosławnych w Rypinie i Lipnie.
Naszych czytelników posiadających jakiekolwiek materiały na powyższe tematy, prosimy o kontakt poprzez pocztę portalu.
Redaktor, marzec 2012r.
Pochodzę
z rodziny rosyjsko-polskiej - zaczął opowieść pan Andrzej. - Mama, Anna
Kasparowna Bazańska, była Polką.
Nieczajewowie wywodzą się z samarskiej guberni, na środkowym Powołżu. Pradziad Fiodor był kupcem samarskim pierwszej gildii. Gildia to
kupiecka organizacja z podziałem na trzy kategorie, w zależności od posiadanego
kapitału. Mój pradziad był milionerem.
Nieczajewowie handlowali wełną na wielką skalę. Ale swoich owiec nie mieli.
Brali w arendę duże stada, wypasali je, owce strzygli, wełnę sprzedawali.
Dochody czerpali także z młynów nad Wołgą.
Mój dziadek Andrzej już nie był taki bogaty, jak jego
ojciec Fiodor. Mój pradziadek miał dziewięcioro dzieci. Wszystkie je dobrze
wyposażył. Mój dziadek Andrzej miał czworo dzieci, troje z nich, wśród nich mój
ojciec, Aleksander, zdobyło wyższe wykształcenie.
Dziadek prowadził wielkie interesy, nigdy się nie mylił w obliczaniu procentów,
a do 35 roku życia nie umiał czytać i pisać. Tej sztuki nauczył go były
żołnierz, który wcześniej odsłużył 25 lat w armii Mikołaja I.
Nieczajewowie to tak zwani jedinodworcy, czyli szlachta
szaraczkowa. Nie odrabiali pańszczyzny, ale i nie mieli chłopów
pańszczyźnianych.
Z jedinodworców, w wielu przypadkach, powstawała klasa
kupiecka i przemysłowa.
Mój ojciec Aleksander urodził się w 1869 r. w Jekatierinowce.
Jekatierinowka liczyła jakieś cztery tysiące mieszkańców, miała szkołę ziemską
i szpital. Mój ojciec, po ukończaniu szkoły ziemskiej w Jekatierinowce, uczył
się w gimnazjum klasycznym w Samarze. Tam na wysokim poziomie wykładano łacinę,
grekę, francuski, niemiecki. Angielskiego nauczył się sam. I te języki ojciec
znał bardzo dobrze.
Po ukończeniu gimnazjum wstąpił na uniwersytet w Kazaniu i
rozpoczął studia medyczne. W tym samym czasie, opowiadał później ojciec, na
prawie studiował urodzony w Symbirsku Włodzimierz Uljanow, znany jako
społecznik i organizator różnych akcji studenckich. Na czwartym roku ojciec
przeniósł się do Sankt Petersburga, na Cesarską Wojskową Akademię Medyczną,
której poziom był bardzo wysoki. I tam ojciec w 1895 roku otrzymał dyplom
lekarza.
Chciałbym tu na chwilę z dziewiętnastego wieku przenieść się
na początek XXI. Mój syn Igor jest
chirurgiem plastycznym, znanym w świecie medycznym. Mieszka i pracuje w
Szwecji. Zapraszają go na wykłady i pokazowe operacje w całym świecie. W 2003
roku miał je w Moskwie i Petersburgu. Na tych kongresach wykłady prowadzone są
po angielsku. Mój syn wygłosił wykład po rosyjsku, czym bardzo zadziwił
gospodarzy. - Właśnie w tej Akademii - powiedział syn - mój dziadek studiował i
zdobył dyplom lekarza. Zainteresowanie synem w Petersburgu jeszcze bardziej
wzrosło.
Ale powróćmy na koniec dziewiętnastego wieku.
Mój ojciec otrzymał pierwszą pracę lekarza wojskowego w
Kerczu na Krymie. Lekarze, prawnicy, duchowni w carskiej armii nie mieli stopni
wojskowych. Ojciec miał cywilny tytuł radcy stanu. To odpowiadało randze
pułkownika.
Z powodu nieszczęśliwej miłości, tak później opowiadała mi
starsza siostra, porzucił Kercz w 1901 roku i przyjechał pod Toruń, na ówczesną
granicę rosyjsko-niemiecką.
Ojciec
był chirurgiem w 10 rypińskiej pogranicznej brygadzie. Mieszkał w Lubiczu nad
Drwęcą, dwanaście kilometrów od Torunia. Były dwa Lubicze - jeden po stronie
niemieckiej, drugi po rosyjskiej. Stacja kolejowa, z której można było wyjechać
do Kongresówki, znajdowała się po stronie niemieckiej. Stosunki
niemiecko-rosyjskie do pierwszej wojny światowej były bardzo dobre. Niemieccy
oficerowie przechodzili na stronę rosyjską i z tamtej poczty wysyłali do
Niemiec kartki "serdeczne pozdrowienia z rosyjskich stepów".
Ojciec, oprócz wypełniania obowiązków wojskowych, miał prawo
prowadzenia prywatnej praktyki. W ten sposób poznał moją matkę - Annę Bazańską
z Młyńca nad Drwęcą.
Historia majątku w Młyńcu także zasługuje na uwagę.
-Mój dziadek ze strony matki, jej ojciec - Kacper Bazański
- sprzedawał i kupowal majątki, przenosił się z miejsca na miejsce. Bardzo
lubił polowania. W 1894 roku pojechał zimą pod granicę pruską, do Lubicza.
Faktorzy żydowscy pokazali mu olbrzymi ogród i dwór we wsi Młyniec. Na znak, że
nie sprzedają kota w worku, w jednym miejscu odgrzebali śnieg i pokazali czarną
ziemię. Dziadek nabył tę posiadłość. Na wiosnę śniegi stopniały. Oczom jego
ukazały się same piaski, na domiar złego na początku XX wieku spłonął od pożaru
dwór w Młyńcu.
Ale nigdy nie należy rozpaczać. Okazało się, że w tych
piaskach krył się ogromny kapitał. Otóż Niemcy wkrótce rozpoczęli budowę kolei
z Torunia do Gdańska. Żwir sprowadzali z zaboru rosyjskiego, spod hektarów
dziadka, bo był tańszy. Wybudowano na Drwęcy most eksterytorialny i
wąskotorówkę, przyjechało kilkudziesięciu kopaczy spod Kielc, setki wagonów
woziło żwir.
Dziadek miał dwóch synów i pięć córek. Najmłodsza za
pieniądze uzyskane ze żwiru spędziła rok we Francji, Italii i Szwajcarii. W
Warszawie otworzyła kawiarnię.
Ale, niestety, wybuchła wojna. Most spalono. Lokomotywę
Niemcy zabrali, ze sto wagoników zostało. Na ponad stu morgach rozciągała się
pustynia z pagórkami.
Osobliwością majątku w Młyńcu było także to, że dziadek nabył
ziemię razem z kościołem pojezuickim, stojącym w parku. Klucze do kościoła były
u dziadka. Na odpust św. Ignacego (Loyoli) przyjeżdżało około tysiąca ludzi i
dewastowało kompletnie park.
Tak więc, mając matkę Polkę i dziadka właściciela kościoła,
miałem zadatki i na Polaka, i na katolika.
Ślub moich rodziców - Aleksandra i Anny - odbył się w 1901
roku w cerkwi w Aleksandrowie (miejscowości nazwanej na cześć Aleksandra II),
dziś z dodatkiem - Kujawski. Rodzice do wybuchu pierwszej wojny światowej, z
powodu pracy ojca, mieszkali w Mławie, Częstochowie, Busku Zdroju, Rypinie.
Z Rypina w 1914 roku ojciec poszedł na wojnę, którą odbył
jako lekarz naczelny 82 szpitala polowego na froncie rosyjsko-niemieckim. Z
ojcem na froncie była moja mama. Ja urodziłem się 5 sierpnia 1914 roku w
Piotrogrodzie.
Pierwsze moje wspomnienie - spacer nad morzem z ojcem. Był
wieczór, latały czajki, stały rybackie statki. Ja trzymałem ojca za mały palec.
Spacerowaliśmy w Pernau w Estonii. To nieprawdopodobne, ale wtedy miałem dwa
lata. Potem wspomnienia pojedynczych fragmentów życia z Wielkich Łuków: front,
żołnierze ćwiczą na podwórku.
Wkrótce front przestał istnieć, szpital, w którym ojciec
pracował, rozpłynął się. Przyjechaliśmy do Rybińska. Stamtąd mieliśmy płynąć
statkiem po Wołdze do Samary, gdzie mieszkali rodzice mojego ojca, siostry i
brat. Nic z tego nie pamiętam. Historie, które się zdarzały, znam z opowieści
rodziców i niani.
Przed wyjazdem, w Rewlu, ojciec stawał przed komisją Rady
Żołnierskiej. A tam nie było żartów. Kiereński ukazem nr 1 ogłosił zniesienie
dyscypliny wojskowej, nieoddawanie honorów, prawo do dyskusji - atakować wroga
czy nie.
Rady Żołnierskie decydowały także o tym, kto będzie dowódcą.
I taka rada spytała ojca:
- Karałeś żołnierzy?
- Tak - odpowiedział ojciec. - Pracowałem w szpitalu, a tam
musi być dyscyplina, bo inaczej zginą inni pacjenci.
I to go uratowało. Wrócił do domu żywy.
Na dworcu w Rybińsku, przed wypłynięciem, ojciec zostawił
piękne meble. Zastanawiał się głośno, czy dojadą one do Jekatierinowki, dokąd
zmierzaliśmy.
Linia kolejowa od Samary do Władywostoku była wówczas
opanowana przez legion czeski. Ta formacja właściwie nikomu nie podlegała.
- Czy nie przepadną moje meble? - dopytywal się ojciec u
naczelnika stacji w Rybińsku. - Panie, cała Rosja ginie, a pan martwi się o
jakieś meble - usłyszał.
I proszę sobie wyobrazić, w tak niepewnym czasie meble
przyjechały do Jekatierinowki.
W Jekatierinowce ojciec dostał pracę lekarza w byłym szpitalu
ziemskim. Od tego czasu już wszystko pamiętam. Najpierw zastaliśmy tam Czechów,
później przyszli czerwoni Łotysze (oni tworzyli najwierniejsze pułki
bolszewików). W pobliskiej wsi Iwanowka, gdzie były zakłady chemiczne, pojawili
się Niemcy, którzy szybko nawiązali współpracę z sowietami.
Pamiętam mój pierwszy kontakt z cerkwią, do której chodziłem
w Jekatierinowce z nianią.
-Życie stawało się coraz cięższe. Często w minionych latach
bywały okresy suszy. Ale w czasach carskich była dobrze zorganizowana
samopomoc. Teraz świat się zawalił. Ludzie jedli białą glinę, trociny, puchli i
umierali, jak muchy.
Tam, nad Wołgą, nawet w czasach normalnych jest trudno, a to
z powodu malarycznych terenów. Mieliśmy co trzy dni dreszcze, gorączkę, bóle
głowy. Tubylcy znali na to lekarstwo - pili parzony piołun. Ciekawe, że to im
pomagało. Z medycznego punktu widzenia można to wytłumaczyć tylko siłą
autosugestii.
W czasie głodu na Powołżu zjawiły się Amerykanki z
Hooverowskiej ARA (taki komitet pomocy). Rozdawano kaszę manną i sacharynę. Nie
znaliśmy sacharyny. Mama ugotowała kaszę i dodała jej za dużo. Mnie to
odrzuciło. Przez wiele lat nic słodkiego nie mogłem wziąć do ust. - Amerykanie
oduczyli mnie jeść słodycze - mówiłem.
Był rok 1922. Zaczęliśmy się zbierać do wyjazdu z Rosji.
Rodzina mamy wróciła wcześniej do Młyńca i napisała do nas: - Przyjeżdżajcie.
Władze polskie, ku zdziwieniu ojca, zgodziły się na nadanie
mu obywatelstwa. A to dlatego, że pracował ponad piętnaście lat na ziemiach
Polski. Nikomu nie przeszkadzało, że pracował w armii carskiej. Zresztą carscy
urzędnicy, którzy pracowali w Kongresówce, wówczas dostawali emerytury w
Polsce.
W Niegorełoje - Stołbcach przekroczyliśmy granicę. Udało się
w kufrze ze schowkami przewieźć brylanty. Ja w kieszeniach miałem papierowe
kierenki. Ale mnie nie rewidowano.
Do Młyńca dotarliśmy w końcu sierpnia 1922 roku. Ojciec
dostał pozwolenie na prywatną praktykę. Pracował w Dobrzyniu nad Drwęcą.
W domu nasza rodzina rozmawiała po rosyjsku. ![]()
W szkole
zaczynałem od recytacji wierszyka "Kto ty jesteś? Polak mały".
W gimnazjum uczyłem się w Brodnicy. Ciekawy przypadek -
spotkało się tam trzech synów carskich oficerów z 10 Pogranicznej Rypińskiej
Brygady, których wojna rozrzuciła w różne strony Rosji: Nikitin, Usow i
Nieczajew. Dwóch pierwszych stało się katolikami, bo ich rodzice przechrzcili.
Byłem tam jedynym prawosławnym. Najbliższą cerkiew miałem w
Toruniu, sześćdziesiąt kilometrów od Brodnicy. To oczywiste, że do niej nie
jeździłem. W szkole była trzy razy w tygodniu msza. Na początku chodziłem tam.
Od czwartej klasy przestałem. Niektórzy katolicy też nie zawsze uczęszczali na
mszę.
Katecheta pytał: - Kto nie był na mszy? Klasowy ministrant do
spraw religii wyliczał nazwiska. Katolicy wstawali, katecheta po prostu ich
bił. Ja wstałem i mówię: - Prawosławny. Mnie nie uderzył. Przez trzy lata
chodziłem na religię. Ksiądz mnie nigdy nie pytał z katechizmu.
Od klasy piątej przestałem chodzić na religię. Na świadectwie
napisali mi: religii wyznania prawosławnego nie udzielano. Nawet na świadectwie
maturalnym z 1935 roku miałem taki wpis. I tu mógł być kłopot. W tamtym
systemie oświatowym musiał być stopień z religii. Widać to sito nie było gęste,
bo udało mi się przez nie przemknąć.
Na studia medyczne pojechałem do Poznania. W auli
uniwersyteckiej przeczytałem ogłoszenie, że na Uniwersytecie Poznańskim
działają koła studentów Rosjan, Niemców, Ukraińców, Żydów. Od razu poszedłem na
spotkanie studentów Rosjan, przy ulicy Focha 72, z "czaszką czaja".
Było nas ze dwadzieścia osób. Sporo studentów z tzw. Kresów - z Sarn, Brześcia,
Wilna, Równego. Byli także studenci z Łodzi.
Koło Studentów Rosjan było organizacją apolityczną,
prowadzącą bardzo szeroką działalność samokształceniową w zakresie historii i
kultury rosyjskiej. Zebrania odbywały się co tydzień, zawsze z wykładem na
odpowiedni temat. Byłem prezesem koła. Kuratorem był prof. Witold Klinger,
ojciec Jerzego Klingera.
W Poznaniu była cerkiew. Założyli ją emigranci rosyjscy -
denikinowcy. Batiuszką był o. Aleksander Bogaczow, z białej armii
Denikina.
Na nabożeństwa chodziliśmy w grupie studentów Rosjan.
Rozmawialiśmy wyłącznie po rosyjsku.
Po liturgii, był to październik 1937 roku, wyszliśmy z
cerkwi. - O, prawosławna barysznia! - ktoś z nas powiedział.
Podbiegliśmy do niej. Nie wiedziałem, że biegnę na spotkanie swojego losu.
Wszyscy przedstawiliśmy się. Barysznia też się przedstawiła: - Nina
Roszczycka. Nie miałem wtedy pojęcia że to córka sekretarza synodu, Jerzego
Roszczyckiego.
Nina studiowała w Państwowej Szkole Ogrodniczej. Przychodziła
na zebrania Koła Studentów, spotykaliśmy się w cerkwi.
-Jaki wówczas był stosunek Polaków do Rosjan? Raczej
obojętny. Pod koniec dwudziestolecia było gorzej. Bardzo dobry był stosunek do
nas tych Polaków, ktorzy kiedyś mieszkali w Rosji, a nie tylko znali Rosję z
polskich gazet.
Ale w końcu lat 30. Polska zmierzała ku faszyzmowi - Falanga,
ONR, zapatrzenie w Hitlera... Miałem na studiach kolegę Polaka, który biegał na
kroniki filmowe do kina i z lubością oglądał hitlerowskie parady. Młodzież z
ONR krzyczała podczas dni antyżydowskich: "Żyd to wściekły pies, którego
trzeba zabić!"
Już na pierwszym roku studiów zetknąłem się z przerażającymi
scenami. Na uniwersytecie w listopadzie przeżyłem dni antyżydowskie. Proszę
sobie wyobrazić takie sceny: na dwustu studentów medycyny było pięciu Żydów.
Aula zapełniona nie tylko studentami, ale i mętami z ulicy. Prawie wszyscy
wołają: "Zabij Żyda!" Profesor oświadcza, że w takich warunkach nie
może prowadzić wykładu i wychodzi. Żydzi salwują się ucieczką, skacząc przez
balustrady. Niektórzy z nich zostali dotkliwie pobici.
Dla mnie to był szok i groza. Mój ojciec był humanistą i
demokratą. W Dobrzyniu, na cztery i pół
tysiąca mieszkańców, dwa i pół tysiąca było Żydami. Zawsze razem bawiliśmy się
i nikomu to nie przeszkadzało.
Wkrótce na uniwersytecie wprowadzono getto ławkowe, potem
numerus nullus. Żydów w ogóle nie przyjmowano na medycynę.
Ale i stosunki z Niemcami się psuły. Beck w kwietniu 1939
roku wygłosił znane przemówienie. Dla narodowców był to szok. Dotychczas Hitler
był ich bohaterem, bo walczył z Żydami.
Po tym przemówieniu ze stu studentów wyszło na ulice
Poznania. Skierowali się pod niemiecki konsulat skandując: "Pojedziem z
Poznania do Berlina powiesić Hitlera, bo to świnia". Wyrzucono z
uniwersytetu Niemców. Gniew obrócił się także przeciwko studentom Rosjanom,
których wyrzucono z Bratniej Pomocy i Koła Medyków.
W 1939 roku, latem, przyjechałem do Warszawy na
praktyki studenckie w szpitalu Świętego Ducha, koło synagogi na Tłomackiem. Tam
zastała mnie wojna.
Piątego dnia wojny koledzy Żydzi ze szpitala mówią: -
Najlepiej pójść i zapisać się do wojska.
Poszliśmy do koszar na Woli. Przyjął nas sierżant, rozłożył
ręce i powiada: - Panowie, nie mamy w co umundurować powołanych.
W tym czasie pułkownik Umiastowski nawoływał przez radio: -
Młodzi mężczyźni, opuszczajcie Warszawę, kierujcie się na wschód.
Przyznam się, że nie myślałem opuszczać Warszawy.
Mieszkałem w małym domu akademickim przy Cegielnianej. Nie
chciano mnie początkowo tam przyjąć. Student narodowiec zajrzał do mego dowodu.
Tam napisane: wyznanie prawosławne.
- No wie, kolega! - żachnął się. - My nie możemy pana tu
przyjąć! Kolega chyba rozumie, to jest fundacja społeczna. Ale ponieważ były
wakacje i pokoje były wolne, przyjął mnie za opłatą.
Nawiasem mówiąc, twórca tej fundacji miał nazwisko żydowskie.
W nocy z 7 na 8 września, na rozkaz straży obywatelskiej,
brałem udział w budowaniu barykady na Grójeckiej.
Wróciłem po nocy do akademika. Po drodze spotkałem kolegę z
Poznania, z Koła Studentów Rosjan - Eugeniusza Gryckiewicza. Wracał z
praktyki w Zaleszczykach.
- Idźmy do moich rodziców - zaproponował. Jego rodzice
mieszkali w Kotrze, między Prużaną a Berezą Kartuską. Ojciec był duchownym.
Idziemy. Wziąłem ze sobą tomik wierszy Błoka wydany przez
"Berlińskie słowo". Po drodze kupiłem w sklepie mapę Polski i
bochenek chleba.
Idziemy. W dzień upał. Ludzie przy drogach sprzedają szklankę
wody z piaskiem za 50 groszy. Kupujemy. Pijemy. Idziemy dalej. Nocujemy w
kartoflisku. Piekielnie zimno.
Wędrujemy szosą i śpiewamy "Dziś jeden twój uśmiech
Joanno..." Nadlatuje samolot. Zniża się. Puszcza po nas serię i granaty.
Uciekamy w kartofliska, potem do lasu.
Za nami wędrowały tabory wojskowe i tysiące ludzi. Za chwilę,
gdy byliśmy już w lasku, nadleciało nad szosę dużo samolotów. Koszący lot.
Serie z karabinów. Na szosie masakra, jęki, krzyki.
Potem wędrowaliśmy poboczami, daleko od drogi.
Podczas wędrówki spotkaliśmy znajomych Rosjan z Poznania.
-Łódką przeprawiliśmy się przez Bug w okolicach Drohiczyna.
Potem białoruski chłop, lichym konikiem, podwiózł nas do Kotry. Znamienne co
zobaczyłem na plebanii: duży portret Kostka Biernackiego. Kostek Biernacki był
na Polesiu kimś więcej niż carem.
Tam jeszcze była II Rzeczpospolita. Chłopi, straż obywatelska
z kijami, powiadomili posterunkowego o jakichś obcych we wsi, czyli o nas. Po
paru dniach ci sami chłopi przyszli nas aresztować. Przedstawili się jako
władza sowiecka.
W Prużanach władza sowiecka. Warszawa oblężona. My
postanowiliśmy jechać do Wilna na studia.
Ale w Wilnie, gdzie dowiedziałem się, że Warszawa padła, nie
było zupełnie atmosfery do studiowania. Oficerowie polscy zostali internowani.
Ich żony stały w kolejkach do sowieckiej komendantury. Wszystkie ogłoszenia w
Wilnie podawano w pięciu językach - rosyjskim, białoruskim, litewskim, jidisz i
polskim.
Na dworcu kupiłem bilet do Grodna. Stamtąd na gapę dojechałem
do Białegostoku. W Białymstoku na dworcu koczowały setki ludzi.
Enkawudzista rozkazał: - Proszę nie wychodzić z dworca. Rano
będziemy wypuszczać na miasto i perony.
Myślę sobie, niedobrze. Do poznanego tam chłopaka z
kieleckiego mówię: - Lepiej wyjdźmy.
Okupację spędziłem w Warszawie. Najpierw pracowałem
jako robotnik przy budowie domu na Saskiej Kępie. Potem zgłosiłem się na
wolontariusza do szpitala.
Przed wojną miałem pieniądze w banku, dziesięć tysięcy
złotych. Raz pobrałem, po długim staniu w kolejce, 50 złotych. Resztę po wojnie
- starczyło na bilet ze Szczecina do Zakopanego dla mnie i żony.
Rodzice przed wojną sprzedali dom w Dobrzyniu. 33 tysiące
złotych i perły złożyli w sejfie Banku Handlowego. Niestety, podczas
bombardowań bank spłonął. Przypalone pieniądze zamieniono rodzicom na młynarki.
Perły wyblakły od wysokiej temperatury. Moja mama dostała je od mojej babci - Nieczajewej.
Potem podarowałem je mojej żonie.
W 1941 roku wzięliśmy ślub w cerkwi na Pradze. Zamieszkaliśmy
z Niną przy ulicy gen. Zajączka.
Podczas Powstania Warszawskiego, 5 sierpnia, w moje urodziny,
w piękny słoneczny dzień wyszedłem na podwórko z ośmiomiesięcznym synem Igorem.
Wpadli żołnierze z pobliskiej Cytadeli i wzięli mnie i 35 osób jako
zakładników. W dzień nosiliśmy Niemcom żywność i amunicję, na noc zamykano nas
w kazamatach. Pewnego dnia odliczono pięć osób i kazano im zostać. Zazdrościliśmy
im, myśląc że są wolni. Potem ich rozstrzelano.
Po dwóch tygodniach wypuszczono nas i, jak większość
warszawiaków, wypędzono z Warszawy. Szliśmy na Pruszków.
Po drodze spotkałem rodzinę. Wszyscy odnaleźliśmy się w
Skierniewicach, w domu, który kiedyś wynajmował dziadek Niny, nadleśniczy w
Zwierzyńcu koło Skierniewic.
W Skierniewicach zastało nas wyzwolenie. Stamtąd, po torach,
dotarliśmy do Warszawy.
Najważniejsze było dla mnie dokończenie studiów. Ukończyłem
je w Poznaniu w czerwcu 1945 roku. Staż miałem w Łodzi i Kaliszu.
Po wojnie było bardzo duże zapotrzebowanie na lekarzy
wojskowych. Ale warunki pracy dla tych lekarzy były wówczas bardzo marne.
Capnęli mnie do wojska. Tam znalazłem się pośród czterystu lekarzy po studiach
na oficerskim kursie przeszkolenia. Każdy, jak mógł, bronił się przed zostaniem
w wojsku. A ja nie. Najważniejszy tam był sowiecki generał Ogurcow.
Ten powiadał: - Żebyście nawet pisali, że macie wujka w
Ameryce, że byliście w podziemiu, nic wam nie pomoże. Wszyscy będzie służyć w
wojsku. I niektórzy pisali o wujkach, ostentacyjnie modlili się na kolanach.
Zwolniono tylko mnie. Powód: bezpartyjny, uciekinier z Rosji, teść -
przedwojenny sekretarz synodu.
W 1947 roku zamieszkaliśmy w Szczecinie. Tu była praca i
mieszkanie dla nas i dzieci (mieliśmy już dwóch synów - Igora i Aleksandra).
Jeszcze w 1953 roku odezwały się przedwojenne echa.
Na ulicy w Szczecinie podszedł do mnie osiłek z UB. - W 1937
roku źle pan mówił o Związku Radzieckim - powiedział. - Należał pan do
antysowieckiej organizacji, przyjechał pan do Szczecina, aby przerzucać ludzi
na Zachód.
Konkluzja była taka: - Dla zmazania win proponujemy
współpracę.
Odmówiłem. Całą noc trzymano mnie w małym pokoiku na poddaszu
w jednym ze szczecińskich hoteli.
Pracowałem w Szczecinie w szpitalu. W 1952 roku uzyskałem
stopień doktora medycyny. I oto w 1953 roku umarł Stalin. Odwilż. Ze Związku
Radzieckiego nadchodzą dobre wieści. Czułem się Rosjaninem. Uważałem, że moje
miejsce jest w Rosji. Żona ze mną się zgadzała.
Pojechaliśmy do Związku Radzieckiego. Ja, żona i piątka
dzieci (Igor, Aleksander, Lidia, Natalia i Fiodor). Meble gdańskie,
kupione w Szczecinie, wysłałem osobno.
Zatrzymaliśmy się w Kisłowodsku, w jednym z kaukaskich
uzdrowisk.
- Z Zachodu do Związku Radzieckiego? - dziwili się wszyscy. -
Na pewno ich zesłano za jakieś przewinienie.
Niestety, tam się nam nie ułożyło. Po pierwsze nie było
mieszkania. Ulokowano nas w małej izdebce izolatki. Wciąż czekałem na meble,
które nie nadchodziły. Lekarz z Kisłowodska mówił: - Ja się martwię co to
będzie, gdy te meble przyjadą. Nie mam na nie miejsca. I meble nadeszły.
Biblioteka, komoda, biurko - ciężkie meble poniemieckie stały w sanatoryjnym
parku. Obok nich pianino. Nieraz przechodnie grali na nim w nocy.
Z trudem dostaliśmy mieszkanie. Niektórzy koledzy lekarze,
którzy czekali na nie od dziesięciu lat, byli oburzeni.
Niestety, panował tam wciąż strach. Ja nie pasowałem już do
tamtej mentalności.
W przypływie desperacji napisałem list do Chruszczowa.
Dostałem z kancelarii Kremla potwierdzenie. Skarżyłem się, że nie mam
mieszkania, nie ma kliniki, w której miałem pracować, itd.
Ale wkrótce nasza sytuacja się poprawiła. Zaczęliśmy
otrzymywać z miejscowego działu gospodarczego paczki żywnościowe.
Byłem reumatologiem, a najbliższy taki oddział był w Soczi.
Szykował się tam zjazd reumatologów. Bez zaproszenia nikt by
mnie jednak nie wpuścił. W tamtejszym instytucie otrzymano skomplikowaną
aparaturę do badania serca, z objaśnieniami po angielsku, francusku i
niemiecku. Przetłumaczyłem instrukcję. W zamian pani doktor, która nazywała się
Idea Biała, wystarała się dla mnie o zaproszenie.
Zamiast na urlop do Soczi pojechaliśmy do Polski. Po miesiącu
w Szczecinie podjąłem pracę w tym samym szpitalu, w którym pracowałem przed
wyjazdem.
Meble gdańskie zostały w Kisłowodsku na zawsze.
Rocznej przygody przełomu lat 1958 - 1959 w Rosji nie żałuję
do dziś.
fot. archiwum rodziny Nieczajewów