•Artykułów• : 211
•Odsłon• : 2640432
PODRÓŻ
PO ZIEMI DOBRZYŃSKIEJ
W artykule „Niemcewicz w Dobrzyniu i Lipnie” opisałem spostrzeżenia znanego Polaka z podróży odbytej w 1812 roku po terenie ziemi dobrzyńskiej.
Kontynuując tę formę przekazu historycznego, w 180-tą rocznicę upadku powstania listopadowego, proponuję kolejną podróż po ziemi dobrzyńskiej, tym razem w towarzystwie szwedzkiego studenta medycyny, który wraz z dwoma kolegami ze studiów przedostał się do Królestwa Polskiego, by udzielać pomocy lekarskiej powstańcom.
Sven Jonas Stille, student medycyny z Lund, lekarz w szpitalu wojskowym w Warszawie, był naocznym świadkiem wydarzeń ostatnich miesięcy powstania. Według autorki przekładu; „Jego relacja, żywo i interesująco napisana, jest cennym źródłem wiedzy o życiu stolicy Polski i jej mieszkańców z przełomowych miesięcy lata i jesieni 1831 roku”.
Wspomnienia pobytu w Polsce rozpoczynają się opisem podróży ze szwedzkiego Lund przez Malmo, Królewiec, Kwidzyn, Wąbrzeźno, Dobrzyń n/Drwęcą, Kikół, Lipno, Dobrzyń n/Wisłą i Płock aż do Warszawy.
Etap tej podróży – kilkudniowy pobyt na ziemi dobrzyńskiej rozpoczął się w nocy z 5 na 6 czerwca od nielegalnego przekroczenia granicznej rzeki Drwęcy w rejonie Golubia.
Po powrocie do Szwecji Sven Jonas Stille opisał swe wrażenia w książce pt. „Notatki z podróży do Warszawy pod koniec polskiej wojny o wolność”, którą wydał drukiem w 1834 roku. Pod koniec XIX wieku stała się ona białym krukiem, jako że była to jedyna relacja naocznego świadka wydarzeń w Polsce, który pochodził ze Szwecji. Dopiero w 1985 roku nakładem Instytutu Wydawniczego PAX wydano ją również w naszym kraju. Przetłumaczoną książkę Svena Stille zatytułowano „Podróż do Polski”.
Redaktor, październik 2011r.
Opracowano na podstawie książki Svena Jonasa Stille, Podróż do Polski, wg. przekładu Janiny Hera, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1985.
Granica w rejonie Golubia.
Zdecydowaliśmy się jednak na drogę do Golubia i około dziewiątej wieczorem znaleźliśmy się na odległość strzału od bram miasta. Gdy upewniliśmy się, że nikt nas nie śledzi, opuściliśmy kryjówkę i poszliśmy przez las, aż trafiliśmy na dolinę, która zaprowadziła nas w dół, do rzeki. W miejscu, do którego doszliśmy, Drwęca miała około czterdzieści stóp szerokości i była zbyt głęboka, by można ją było przejść w bród. Brzegi były wysokie i strome. Stenkula przypomniał sobie na szczęście, iż przechodząc przez las, minęliśmy kładkę przerzucona przez mały strumyk. Kładkę tworzyła pojedyncza kłoda drzewa. Postanowiliśmy odnaleźć ją, by użyć jako tratwy do przewozu naszych plecaków. Wówczas Stenkula rzucił się do rzeki i przepłynął ją, ciągnąć za sobą kłodę zanurzoną pod ciężarem w wodzie. Dotarł do polskiego brzegu, zdjął plecak i przepłynął z powrotem wraz kłodą. W kilka minut później staliśmy wszyscy trzej na ziemi walczących o wolność bohaterów.
Dobrzyń nad Drwęcą
Szliśmy wzdłuż brzegu nieświadomi, że nie była to najbezpieczniejsza droga i około godziny drugiej w nocy dotarliśmy do małego, granicznego polskiego miasteczka, Dobrzynia. Z radością ujrzeliśmy palące się w każdym domu światło i pomyśleliśmy, iż mieszkańcy już wstali, lecz próżno pukaliśmy do wszystkich drzwi, nikt nam nie odpowiedział. Zapomnieliśmy po prostu, że Polacy są w większości głęboko wierzącymi katolikami i palące się światła nie miały wcale rozjaśnić ulic ani też nie paliły się dla nas czy mieszkańców miasta, lecz oświetlały krucyfiksy, umieszczone w małych kapliczkach. Długo jeszcze włóczyliśmy się w ten sposób po ulicach miasteczka, naruszając spokój nocny. Wędrówkę naszą przerwał nagle jakiś człowiek, który krzyknął za nami kilka słów po polsku. Powiedzieliśmy mu wówczas, że jesteśmy głodni i przemoczeni, szukamy mieszkania i jedzenia. Zrozumiał zupełnie dobrze nasze wyjaśnienia po niemiecku, ale nie umiał odpowiedzieć w tym samym języku, zawołał tylko z miłym uśmiechem ”Dobrze pan!” i pomógł nam znaleźć gospodę, do której weszliśmy radośni na myśl o dobrym posiłku i miękkim łóżku.
Wkrótce jednak doszliśmy do przekonania, że nie mieliśmy pojęcia o różnicy, jaka istnieje pomiędzy szwedzką a polską gospodą. Sądziliśmy w naszej naiwności, że znajdziemy przytulne i schludne pomieszczenie, gdzie miły ogień i dobry posiłek wynagrodzą nam trudy całego dnia. Żadne jednak z tych oczekiwań nie spełniło się. Izba, do której weszliśmy, robiła niemiłe i nieporządne wrażenie. Na wiązkach słomy spali w ubiorach służący i dzieci, a gospodarz z gospodynią w podobny sposób spali w sąsiedniej sypialni. Dla wygody wstawiono nam do kąta drewnianą ławę. Straciliśmy już nadzieję, że dostaniemy pościel. Poprosiliśmy o jedzenie – jedzenia nie było, lecz każdy z nas dostał podłej wódki ze szklanką piwa. Tak więc różnica pomiędzy szwedzką a polską gospodą jest niesłychana. Spaliśmy dość dobrze w naszych mokrych ubraniach z plecakami pod głową i obudziliśmy się następnego ranka zdrowi i cali, a wkrótce potem stanął przed nami ów srogi Polak, który wymachiwał nam w nocy szablą nad głowami i oświadczył z cała charakterystyczną dla swego narodu serdecznością i wesołością, że jesteśmy mile widziani na polskiej ziemi. Miał dla nas zaproszenie na śniadanie do burmistrza.
Gdy poszliśmy za naszym przewodnikiem i zobaczyliśmy miasto w dziennym świetle, stwierdziliśmy, że położone jest ono wzdłuż Drwęcy, dokładnie naprzeciwko Golubia, leżącego na pruskim brzegu rzeki. Dobrzyń utrzymuje łączność z Golubiem za pomocą mostu, pośrodku którego Prusacy zbudowali wysoki, drewniany płot jako mur oddzielający polską liberalną cholerę od prawowitego zdrowia Europy. Oczywiście drewniany płot z czasem gnije i rozpada się.
U burmistrza, gdzie wkrótce przyszliśmy, znajdowało się kilku oficerów i całe towarzystwo przyjęło nas przyjaźnie, serdecznie i z entuzjazmem. Była to przemiła kompania, ponieważ zaś w Polsce używa się trzech języków – a to francuskiego, którym posługują się wyższe sfery, niemieckiego, używanego przez warstwy średnie i polskiego, którym mówią tylko klasy niższe, mogliśmy od tej pory porozumieć się i po chwili czuliśmy się wśród naszych przyjaciół jak w domu. Ubawił ich bardzo opis naszej przeprawy przez rzekę, zwłaszcza że przez okno widać było straże pruskie na moście, które czujnie i z uwagą robiły obchód po drugiej stronie płotu.
Polacy bowiem nie lubili Prusaków widząc, iż ich neutralność w toczącej się walce jest tylko pozorna. Prusacy posyłali stale Rosjanom będącym w Polsce duże zapasy żywności, że Polacy wiele razy zdobywali w czasie bitwy armaty oznaczone pruskim orłem, co świadczy o tym, że Prusacy dostarczali także broni.
Po zakończonym w ten sposób powitaniu musieliśmy opowiedzieć o własnej ojczyźnie. Wkrótce stwierdziliśmy, że obecni mają o niej bardzo mętne wyobrażenie. Szwecja była dla nich pustynią pełną skał, pokrytą śniegiem i lodem, po którym spacerują niedźwiedzie i wilki. Dość ciężko nam było zmienić ten obraz.
Po kilku godzinach spędzonych wśród tych dobrych ludzi musieliśmy wyruszyć w drogę. Podpisano nasze paszporty a burmistrz kazał zaprząc konie do swego powozu, byśmy mogli odbyć za darmo podróż do Lipna. Powóz, który stał już gotowy do drogi, był zwykłym, niewielkim powozem podróżnym, bez siedzeń, wyścielony jedynie słomą, na której leżały piękne derki. Ruszyliśmy i dość szybko znaleźliśmy się w małym miasteczku Kikół.
Kikół
Co ćwierć mili umieszczone są na drodze obrazy Maryi Panny, którym podróżni oddają cześć. Nasz woźnica nie omieszkał zdejmować przy każdym obrazie kapelusza i odmawiać Zdrowaś Maryja, poganiając przy tym chyzo biegnące konie. W wielu miejscach widzieliśmy ludzi, którzy z żarliwą pobożnością klekali przy drodze przed obrazem Madonny, by zmówić swoje Zdrowaś Maryja, aby zaś nie odmówić ich za dużo, odliczali je na różańcu.
Wróg nie zalał jeszcze tej części kraju, przez którą odbywaliśmy podróż, wszystko miało więc sielski wygląd. Żyto obrodziło, zieleniły się pastwiska, wokół chat stojących w cieniu gęstych drzew rozlewał się spokój. O niezwykłości sytuacji przypominały tylko wysokie żerdzie owinięte słomą, na szczycie których znajdowały się beczki. Beczki wypełnione były prochem, podpalanym w razie napaści nieprzyjaciela. W ten sposób wiadomość wędrowała od słupa do słupa aż do Warszawy. Podobne żerdzie alarmowe stały wzdłuż całej drogi na przemian z krucyfiksami i obrazami Madonny. Sygnały do rozpoczęcia mordu obok obrazów Odkupiciela. Kiedy wreszcie ludzie zrozumieją, co chciał on przekazać odkupiając ludzkość?
Lipno
Przyjechaliśmy po południu do Lipna, małego, dość schludnego i pięknego miasteczka. Udaliśmy się do burmistrza, by pokazać mu paszporty oraz przepustkę, którą otrzymaliśmy w Dobrzyniu i podobnie jak w czasie całej podróży, otrzymaliśmy zakwaterowanie i pojazd na dalszą drogę za darmo.
Mieszkanie znaleźliśmy w rynku. Nie mogliśmy ruszyć od razu dalej, gdyż konie można było dostać dopiero następnego dnia. W miasteczku był wtedy właśnie dzień targowy i niesłychane rzesze ludzkie gromadziły się przed naszym domem, żeby obejrzeć obcych, o których zapewne słyszeli, że są ze Szwecji. Wyszliśmy na miasto, by nie oglądano nas jak zwierzęta w klatce, a także chcąc sami popatrzeć na barwny tłum ludzi, który roił się wokół.
Narodowy strój polskiego chłopa wydaje się dość malowniczy, jeśli oglądać go w tłumie, zbyt jednak jest kolorowy, gdy patrzy się na pojedynczą osobę. Składa się on z czerwonych szarawarów, białej sukmany z czerwonymi wyłogami, wielobarwnego pasa, niskiego, wybrzuszonego kapelusza z szerokim rondem przybranego czerwono-białą wstążką. Wszyscy włościanie mają wąsy. Jest to obecnie symbol wolności, bowiem wielki książę Konstanty nakazał się wszystkim ogolić, by i w ten sposób poniżyć naród. Polacy mają na ogół wygląd ludzi odważnych i dzielnych, większość z nich to bruneci, są muskularni i gibcy, a w ich ciemnych oczach odbija się dusza, która zdaje się rzucać wyzwanie całemu światu.
Na rynku nie było, podobnie jak u nas, straganów. Wszystkie towary były rozłożone na długich stołach pod gołym niebem. Sprzedawano przede wszystkim sól kamienną, ozdoby, cebulę i ogórki, bowiem narodowym przysmakiem Polaka są przede wszystkim ogórki, które zjada on równie łakomie, jak dzieci jedzą jabłka.
Pośród gwarnego tłumu, mrowiącego się na rynku, przemykało wiele postaci ubranych w czarne płaszcze, z długimi brodami i długimi pejsami przy uszach. Oferowali chłopom na sprzedaż stare ubrania, klamry, lusterka i temu podobne rzeczy, i zbywali je z dobrym zyskiem. Byli to członkowie dużej społeczności żydowskiej.
Gdy następnego ranka poszliśmy do burmistrza, by podpisał nam paszporty, przyjął nas dość dobrze i powitał na sposób polski pocałunkiem oraz powiedział, iż nie możemy odjechać, zanim nie zjemy obiadu, który przygotował dla nas zarząd miasta. Podziękowaliśmy i powróciliśmy na obiad. Nie będę zaprzeczał, że przeżyliśmy w czasie powitania ciężkie chwile, bowiem wszyscy znajdujący się w towarzystwie musieli nas koniecznie ucałować, by okazać w ten sposób swą przyjaźń.
Śpieszę więc do dobrze nakrytego stołu, który nas oczekuje. Był to prawdziwy polski posiłek. Ogromna ilość potraw, większość mięsnych. Muszę jednak z góry wyjaśnić, iż nie jestem w stanie powiedzieć ani jak rodzaj mięsa stanowił podstawę dania, ani jak potrawy zostały przyrządzone. Mogliśmy tylko stwierdzić, iż kuchnia polska posługiwała się cebulą, pieprzem, a zwłaszcza ogórkami, by wprawić w oszołomienie narządy smaku, i udawało jej się to do tego stopnia, iż trudno było pojąć, co człowiek jadł. Posiłek zaczyna się tu od zupy, a kończy na drugim daniu, my zaś jesteśmy przyzwyczajeni uważać treściwe danie za podstawową część posiłku, by potem rozcieńczyć je zupą, podobnie jak współczesna żądza nowości niszczy stare, dobre postawy organizmu państwowego.
Po skończonej zupie każdy gość może zjeść tyle, ile chce i wszyscy korzystają z tego prawa. Jest się, więc w Polsce zwolnionym od konieczności zjadania ogromnej ilości potraw, które gdzie indziej potrafią obrzydzić życie, pojawiając się na stole nawet wtedy, gdy nie ma się na to ochoty. Posiłek zakończył się dobrym węgierskim winem.
Dobrzyń nad Wisłą
Droga prowadziła żyzną i piękną równiną przez mała miejscowość Wielgie do Dobrzynia nad Wisłą. Miasto, podobnie jak inne małe miasteczka, jest dość nędzne i składa się przede wszystkim z małych, niskich domków z muru pruskiego, pomiędzy którymi biegną ciasne, brudne uliczki zamieszkałe przez Żydów. Zostaliśmy tam na noc, a ponieważ wiadomość o naszym zawodzie rozeszła się szybko, musieliśmy udzielić pomocy wielu chorym Żydom i mogliśmy przy okazji zbadać tajemnicę ich domów.
Wszędzie, gdzie tylko wzywał nas obowiązek, witało nas przy wejściu do nędznych pomieszczeń zatęchłe powietrze i napawający obrzydzeniem brud i nieporządek. Sześć do siedmiu osób tłoczyło się w małym, niskim pokoju o wilgotnych ścianach i małych oknach, przez które nic nie było widać z powodu kurzu i pary. Okna nie miały często zawiasów, lecz były mocno zabite, jakby chciano w ten sposób zatrzymać powietrze. Właśnie z tych nędznych siedzib pochodzą najstraszniejsze choroby, które z powodu różnych okoliczności staja się często zaraźliwe. I tutaj także cholera uczyniła najokropniejsze spustoszenia.