•Artykułów• : 211
•Odsłon• : 2640428
NA ZATARTEJ GRANICY
W dniu 26 IV 1930 roku w 17-tym numerze Tygodnika Ilustrowanego opublikowano artykuł pt. „Na zatartej granicy” autorstwa Zdzisława Marynowskiego.
Poruszony przez autora temat ukazuje różnice w ówczesnym poziomie cywilizacyjnym dwóch odrębnych miasteczek Dobrzynia i Golubia. Autor syntetycznie ujął uwarunkowania lokalne, które były reprezentatywne dla większości miast i wsi położonych wzdłuż całej dawnej granicy rosyjsko-pruskiej.
Poniższy tekst doskonale wprowadza w klimat odrębnych warunków historyczno-etnicznych dla dwóch przecież polskich miast bliźniaczych. Autor ujawnia nazwiska animatorów społecznych, którzy poprzez swoją aktywnością starali się, aby granica była zatarta raz na zawsze.
Opisana idea zjednoczenia wewnętrznego doprowadziła, po dwudziestu latach od opublikowania przedmiotowego artykułu, do prawnego połączenia Golubia i Dobrzynia (5 V 1951 roku) w jeden ośrodek miejski pod nazwą Golub-Dobrzyń z przynależnością do powiatu wąbrzeskiego. Przez kolejne dwadzieścia lat obserwowaliśmy dalsze, stopniowe, zanikanie różnic społeczno-gospodarczych i kulturalnych.
Przy lekturze artykułu poznajemy autorów tego sukcesu, i to nie wszystkich, z dwudziestolecia międzywojennego.
W tym miejscu należy wspomnieć o wielu bezimiennych współautorach, którym przyszło działać na rzecz wewnętrznej integracji, ale w latach powojennych XX wieku. Chociażby urzędników, którzy prawidłowo wykonywali swoja pracę i nie dzielili petentów ze względu na ich miejsce zamieszkania, co w pewnym okresie czasu było regułą w działaniach różnych instytucji. A może nauczycieli, tych starających się usadzać dzieci w klasie, ażeby w jednej ławce siedział uczeń i z Golubia i z Dobrzynia. Albo zwykłych mieszkańców, którzy zdecydowanie reagowali na ulicy na wzajemne wyzwiska dzieci wracających ze szkoły „ty bosy Antku”, „ty Kongresowiaku”, „ty Krzyżaku”, „ty Pomorzaku”.
Tym wszystkim bezimiennym autorom stworzenia jednej społeczności lokalnej, wspólnej dla wszystkich Małej Ojczyzny – Golubia-Dobrzynia, jest dedykowany niniejszy artykuł.
Redaktor, luty 2011r.
Źródło:
Tygodnik Ilustrowany, nr 17, z dnia 30 kwietnia 1930
http://www.bcul.lib.uni.lodz.pl/dlibra
![]()
Nie wszystkie rzeki są tak szerokie jak Wisła, nie wszystkie miasta tak duże jak Warszawa, a rzeczy doniosłe dzieją się nie tylko w stolicach.
Ba! W ogóle, kto wie, czy to, co dzieje się w stolicy, zawsze jest najważniejsze. A jeśli nawet tak jest, to nie dla wszystkich. Każdy zakątek kraju żyje własnym życiem, posiada własne wielkie zdarzenia, własne smutki, własne radości, własne walki i własne triumfy.
Dla ludzi, patrzących z dala, ze stołecznej perspektywy, może się to wydawać błahe i małe. Ale to się tylko tak wydaje, bo nie można zdarzeń mierzyć wielkością tereniu, na którym się rozgrywają.
Byłem w tych dniach w małym miasteczku i tam właśnie oglądałem rzeczy doniosłe. Byłem na zatartej granicy. Nie tak to od Warszawy daleko. Kilka godzin jazdy samochodem, mało nawiedzanymi, a więc na nasze stosunki, doskonałymi szosami.
Nad dawną granicą niemiecką, leżą dwa ciekawe miasteczka – Golub i Dobrzyń. Wzorem Tacyta można by o nich powiedzieć, że dzieli je maleńka rzeczka i głęboka przepaść kulturalna i cywilizacyjna.
Dziwne to zjawisko. Oba miasteczka graniczą ze sobą tak blisko, gdyby nie rzeka Drwęca i parometrowy most na niej, trudno by zgadnąć, gdzie się jedno z nich kończy, a drugie zaczyna.
Po lewej stronie rozsiadł się na pagórkach prastary Golub. Niewielki jest, ale szczelnie i porządnie zabudowany. Historią swoją sięga głęboko w przeszłość, w średniowiecze, gdy krzyżacy, przez Konrada Mazowieckiego do Polski sprowadzeni, tutaj założyli jedno z pierwszych swoich warownych gniazd.
Na wysokiej górze widnieją wspaniałe ruiny, albo nawet nie ruiny, tylko nieco zrębem czasu szarpnięty, masywny, czerwony kasztel z dobrze zachowanymi renesansowymi ozdobami. Stary zamek, w którym przez pewien czas mieszkała Anna Wazówna, do dziś panuje z wysoka nad okolicą po obu stronach rzeki, nadając jej swoisty charakter.
W miasteczku samym widać ślady starej, odwiecznej kultury. Prócz kościoła zachowało się dobrze kilka domów, a wśród nich bardzo ciekawa, stara gospoda z drewnianymi podcieniami.
![]()
Sąsiedni Dobrzyń jest wiekiem znacznie młodszy. Niegdyś, za czasów przedrozbiorowych, nie graniczył tak blisko ze starszym Golubiem. Lecz nadeszły tragiczne czasy rozbiorów.
Wówczas to, przemocą rozdzieleni, sąsiedzi zaczęli posuwać się ku sobie coraz bliżej i bliżej. Oba miasteczka przysunęły się do samych brzegów rzeczki, jakby wciągając ku sobie ramiona. Lecz było coś silniejszego, niż rzeka, co je dzieliło. Oto po jednej i po drugiej stronie, na przeciwległych wylotach mostu stanęły dwa budynki – posterunki celne. W Golubiu niemiecki, w Dobrzyniu rosyjski.
![]()
Dwa polskie miasteczka znalazły się po przeciwległych stronach granicy, która je dzieliła, a zarazem zbliżała. – Ba! Niespodziewanie nawet stała się ich żywicielką.
Przyjechawszy do Dobrzynia, udałem się z Panem Warszewskim, jednym z tamtejszych patrycjuszy, do Golubia.
- Czy widzi pan ten pusty sklep w rynku? – zapytał mój uprzejmy przewodnik, wskazując narożną kamienicę.
- Kiedyś był tutaj olbrzymi dom towarowy.
- Taki wielki w tak małym miasteczku.
- Tak, właśnie. Przed wojną nie był za wielki.
- Czy ubyło ludności?
- Nie, lecz… zniesiono granicę. Widzi pan, za czasów zaborczych oba miasteczka żyły z tak zwanego „szmuglu”. Siedząc nad samą granicą, wszyscy niemal mieszkańcy posiadali stałe przepustki, czyli tak zwane półpaski. Dzięki nim ruch pograniczny był bardzo ożywiony, a na moście trwała nieustanna cyrkulacja. Oczywiście, że w ten sposób bardzo łatwo było uprawiać przemytnictwo.
- No, a władze celne? – Wtrąciłem naiwnie.
- Władze? Prusakom przecież to nie przeszkadzało, że przychodzimy do nich kupować, z celnikiem rosyjskim rozmowa na ten temat była bardzo uproszczona – za parę groszy, za parę rubli – zależnie od okoliczności – potrafił być ślepy i głuchy. W ten sposób na tym zapadłym pograniczu rozkwitał handel. Teraz pan rozumie dlaczego Golub posiada takie piękne sklepy, takie okna wystawowe, jakich nie powstydzi się i Warszawa. To pozostałości z dawnych czasów.
![]()
- A czemuż nie posiada ich Dobrzyń?
- Ano, różnica w gospodarce. Tutaj rządzili Niemcy, a tam Rosjanie. Tutaj ufundowano wspaniałą rzeźnię, gazownię, elektrownię, położono doskonałe bruki, kanalizacje etc. A tam? Któż miał dbać o miasteczko liczące cztery i pół tysiąca mieszkańców? Przecież chyba nie Moskal, a samorządu nie było.
Rzeczywiście różnica w wyglądzie jest ogromna. Dobrzyń liczący o tysiąc mieszkańców więcej od sąsiada, jest brudny, źle zabudowany, wyboisty, zaniedbany.
![]()
Rzucając okiem na prawo i lewo, informowałem się dalej u mego rozmówcy.
A czy nie da się teraz, gdy jest już własny samorząd, dociągnąć Dobrzynia do poziomu Golubia?
- Dać by się dało, gdyby można było przezwyciężyć różne przeszkody i uprzedzenia. My już dawno zabiegamy o połączenie obu miasteczek. Dałoby to od razu kilkadziesiąt tysięcy rocznej oszczędności, gdyby się zniosło szereg zbędnych, podwójnych instytucji. Samo skasowanie magistratu dałoby trzydzieści parę tysięcy. A przecież oprócz tego mamy tu podwójną straż ogniową, podwójne posterunki policji i szereg podwójnych urzędów.
Mój przewodni westchnął i mówił:
- Niestety na przeszkodzie wszystkiemu stoją różne osobiste ambicje i częściowo powikłane stosunki. Nie bez znaczenia jest fakt, że dziś w radzie miejskiej Dobrzynia mniejszość narodowa posiada większość głosów, gdy tym czasem w Golubiu wcale nie ma mniejszości, a więc przy połączeniu owa mniejszość straciłaby częściowo swoje wpływy na gospodarkę. A wreszcie szereg innych różnic. Sto lat z okładem niewoli wycisnęło wszędzie swe piętno.
Tak, tak. Sto lat niewoli. Gdy istniały granice, zdawało się, że nie ma różnic między Polakami, lecz gdy granice zmazano z karty Europu, cóż się okazało! Różnice wychowania, różnice urządzeń społecznych, poglądów politycznych, metod gospodarczych. Co krok to cierń, co krok to nieporozumienie. I tak jest nie tylko tu, ale i w całej Polsce.
Ale właśnie mały Dobrzyń i mały Golub, a przynajmniej szlachetniej i mądrzej myśląca część obywateli podjęła pracę nad zacieraniem śladów zatartego kordonu.
Trzem ludziom zawdzięcza to pogranicze zrealizowanie doniosłej i wielkiej idei. Radny miejski i kupiec Warszewski i doktor weterynarii Terlikowski z Dobrzynia oraz sędzia Zdanowicz z Golubia podjęli i przeprowadzili myśl stworzenia uniwersytetu ludowego dla ludności obu miasteczek.
„Przy wspólnym ognisku wiedzy nabierzemy wspólnych zainteresowań, wspólnych zamiłowań i dojdziemy na koniec do braterskiego porozumienia – rozumieją ci, którzy wierzą, że są dziećmi wspólnej matki, rozdzielonymi jedynie przez złośliwy los.
Dlatego to powiedziałem na początku, że doniosłe rzeczy dzieją się nie tylko w stolicach, bo oto w maleńkim, odciętym od świata miasteczku narodziła się doniosła idea zjednoczenia wewnętrznego. Widziałem budynek tego uniwersytetu. Zaprowadził mnie tam pan Terlikowski, energiczny i wytrwały propagator zjednoczeniowej myśli.
- Cóż to za budynek? Co się tu dawniej mieściło?
- Okazały gmach, co? – uśmiechnął się pan Terlikowski.
- Jak na Dobrzyń to nie źle, hę? To dawna rosyjska komora celna.
Zaiste dziwne bywają zrządzenia losu. A więc to w tym budynku, który niegdyś symbolizował rozdział pomiędzy obu połaciami kraju, ma się dokonywać ich wewnętrzne scalanie.
Zapytałem o program uniwersytetu.
- Nie jest on podobny w swym założeniu do uniwersytetów Towarzystwa Czytelnictwa Ludowego.
- Przede wszystkim nie obejmuje w programie rolnictwa, lecz stawia sobie cele ogólnokształcące. Wykłady odbywać się mają co niedziela. Do programu wchodzi zarówno historia, jak i nauka o Polsce współczesnej, geografia, jak i ekonomia, higiena pospołu z fizyką, a dalej literatura, rachunkowość, pojęcia o prawodawstwie, krajoznawstwo etc. etc.
- A kto będzie wykładał?
- Miejscowe nauczycielstwo, miejscowa inteligencja, a wreszcie od czasu do czasu postaramy się kogoś ściągnąć ze stron odleglejszych. Z początku będzie może trudno, lecz z czasem praca nasza musi wydać pożądane owoce.
Są w Polsce wszędzie rzeczy cudowne, są piękne krajobrazy, są wspaniałe zabytki, są skarby artystyczne, są bogactwa kopalne, lecz najpiękniejsze i najciekawsze są ludzkie poczynania i ludzkie serca. Wystarczy wyjechać za miasto i oczy szeroko otworzyć, pamiętając, że służą do patrzenia, by nas olśnił obraz tego, co się dzieje dokoła. Obok zła i nędzy, które krzyczą do nas same, jest dobro, piękno i bogactwo czynu, który w cichości, bez rozgłosu toruje drogę ku lepszej przyszłości.
Zdzisław Marynowski